sobota, 22 stycznia 2011

KANADA - maj-sierpień 2008


(...) Opuściłem Calgary. Po całym dniu spędzonym w samochodzie marki Honda o wątpliwym przystosowaniu do prawie 10-cio godzinnej w nim jazdy z dwoma członkami zespołu hardcore posiadającymi ogromną ilość narkotyków wszelkiej maści przygotowaną na miesięczny pobyt w Brytyjskiej Kolumbii (chłopakom spodobał się film „Las Vegas Parano” i postanowili zrobić podobną wycieczkę...) wylądowałem w Kelowna. Zatrudniłem się tam na ponad 2 tygodnie na rancho z końmi. Uczyłem się tam obchodzić ze zwierzętami po raz kolejny. Każdy koniarz ma swoją metodę „zaklinania” koni. Oczywiście każdy będzie upierał się przy swojej, uważając się za największego zaklinacza. Tak też było i na tym rancho. Dobrze, że znalazła się tam Kate z Australii. 23-latka o twarzy obsypanej brązowo-rudymi piegami. Po kilku dniach się zorientowałem, że nawet mnie dziewczyna lubi... Co w sytuacji, gdy byłem tam jedynym młodym przedstawicielem płci przeciwnej, stawiało mnie wysoko w jej piramidzie potrzeb Maslowa. Oczywiście szansę na wielką miłość zaprzepaściłem, bo nie chciałem dać się zaprosić do jej namiotu. Do tej pory nie wiem, co mnie wtedy ugryzło, ale uparłem się, że nie pójdę biednej, zagubionej pośród knadyjskiego pustkowia dziewczyny odprowadzić bezpiecznie na jej leże. Takim akcentem zakończył się mój ostatni wieczór na rancho – olałem kobietę, a ponoć kobiecie się nie odmawia. Cóż, nie można mieć wszystkiego (nie wiem, czy to stwierdzenie tyczy się jej, czy mnie). Następnego dnia miałem ruszyć dalej na zachód.

Kanadyjska gościnność...
Do Vancouver dojechałem po kilku przesiadkach. Na szczęście oprócz jednego „Niemca”, który nie był zbyt przyjemny i w sumie do tej pory nie wiem, w jakim celu zabrał mnie ze sobą, droga minęła mi znośnie.
Vancouver przytłoczyło mnie swoim betonowym ciężarem, miejskim skwarem i hałasem. Dodatkowo szybka kalkulacja typu szacowanie - January byłby ze mnie na pewno dumny -
dowiodła, że większe miasto, to większe wydatki. Zwinąłem manatki i postanowiłem przedostać się jeszcze tego samego dnia na wyspę Vancouver, jakieś 1,5 godziny promem dalej na zachód.
Do portu w Nanaimo zszedłem około godziny 22. Bez pośpiechu poczłapałem w stronę hostelu, po drodze szukając pustostanów, czy też dobrze usytuowanych ławek, na których tej nocy mógłbym złożyć swoje kości.
Postanowiłem spróbować szczęścia z jachtami. Na placu stało ich około 20, najprawdopodobniej czekały na serwis. Kiedy oddawałem mocz i obserwowałem okolicę w poszukiwaniu choćby drobnych śladów ochrony, na mojej prawej flance pojawił się człowiek. Pewnie zorientował się, że coś kombinuję, pomyślałem. Byłem w błędzie. Po krótkiej rozmowie z jegomościem, zostałem zaproszony do niego na noc, jako że hostel o tej porze mógł okazać się niedostępny (była to mało uczęszczana miejscowość o znikomych walorach turystycznych).
Zdążyłem jeszcze z siebie zrobić głupka, bo zacząłem myśleć stereotypowo. I to na temat Polaków!!!
Wydało mi się dość zaskakujące to, że jegomość po usłyszeniu, że jestem z Polski, tak beztrosko zapraszał mnie w swe progi.
Może pokrótce opiszę jegomościa. Wysoki, szczupły, zadbany pan po 40-ce, z lekko siwiejącą skronią o dość wątłej budowie ciała i miłej aparycji.

Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy po wejściu do mieszkania, było leżące na stoliku w salonie pudełko od filmu dvd „Tajemnica Brokeback Mountain”... Jakaś dziwna myśl przebiegła mi przez głowę. Szybko jednak się z nią rozprawiłem, tłumacząc sobie, że ów jest koneserem i lubi oglądać filmy, bo sam przecież poszedłem na ten film do kina i o mało nie umarłem od tej niesamowitej i porywającej ścieżki dźwiękowej – co pół godziny ktoś grał na gitarze akord C-dur...
Zapytałem o skorzystanie z łazienki. Otwieram drzwi, i zaskakują mnie 3 odrębne włączniki światła. Hola, hola. Zbaraniałem, czy u mnie w domu, w biednej Polsce nie istniał tylko jeden?... Na chybił-trafił postanowiłem wybrać środkowy. Po cóż się w skrajności bawić.
Gorszej bramki nie mogłem niestety wybrać. Włączyłem czerwone światło! W tym momencie zacząłem myśleć coś o ciemniach fotograficznych, ale jakoś nie mogłem się sam do końca do tego przekonać. Wykąpałem się, popodziwiałem zadziwiającą kolekcję kosmetyków kilometroseksualnego jegomościa i poszedłem wziąć go na spytki. W końcu za przenocowanie (i śniadanie!, bo to była wizja dodająca otuchy; jakże przecież mógłby mój dobroczyńca okazać się takim brakiem kultury i puścić wędrowca bez śniadania...) mogłem odwdzięczyć się chociażby rozmową.
Po przegadaniu około godziny, postanowiłem, że muszę się położyć spać. Siedzieliśmy na jednej kanapie w dwóch jej końcach. Jegomość mówi, żebym się kładł jeśli chcę i... się z miejsca nie rusza. Czyli albo moje stopy albo głowa lądują u niego na kolanach... Hmmm...
Czy mogę dostać koc i poduszkę? - zapytałem. Wstał i przyniósł, o co go poprosiłem. Szybko i jak najbardziej szczelnie wpasowałem się na pustą kanapę i hermetycznie wręcz otuliłem się kocem. Oczy zamknąłem „na szpilki” i „zasnąłem”.
-         A może chcesz obejrzeć film porno zanim pójdziesz spać? - padło pytanie.
Musiałem otworzyć oczy.
-         Nie dziękuję, jestem zmęczony, cały dzień jechałem, nie dziękuję, itd...
Dobrze, że nie zacząłem gościa w tym momencie jeszcze przepraszać. Na prawdę nie wiem, co mi do głowy z tym „dziękuję” strzeliło. Może bałem się, że nie dostanę śniadania. A może nie chciałem  go urazić, w końcu tyle się wszędzie słyszy o tolerancji...
„Nie, dziękuję” odniosło skutek, ale raczej odwrotny. Mój dobroczyńca nie dał za wygraną.
-         A może zatem powinienem zaproponować ci zrobienie laski przed snem?
Adrenalina krążyła już po organizmie. Cały obraz sytuacji miałem jasno nakreślony przed oczami. Stół. Na stole szklanki, droga na balkon, droga do drzwi, kuchnia – tam są narzędzia, dostać się tam jako pierwszy lub uniemożliwić do niej dostęp mojemu dobroczyńcy. Sprawna kalkulacja szans w razie ewentualnej eskalacji przebiegła poza moją świadomością. Po prostu wiedziałem, jak mam ewentualnie działać.
Na szczęście moje „nie dziękuję” znów przemówiło jegomościowi do rozsądku. Oddalił się do swojej sypialni. Przed wejściem do pokoju jeszcze tylko rzucił zalotnie:
-         jak byś zmienił zdanie w środku nocy, śmiało się możesz przyłączyć do mnie.
W tym momencie dopiero zabłysnąłem asertywnością.
-         Nie stary, nie jestem zainteresowany.
Poszedł spać.
Iść, czy zostawać? Z jednej strony ciut niekomfortowa sytuacja, słyszę jak koleś szeleści pościelą i trochę średnio dobrze mi się robi na myśl o tym, że „strzela pamięciówę”. Ale z drugiej strony, śniadanie... No właśnie, śniadanie. Czasem w podróży obietnica ludzkiego posiłku, potrafi zdziałać cuda. Śpię, postanowiłem. Ale zasnąć nie mogę. Walczę ze snem i nagle słyszę, że mój dobroczyńca
wstaje z łózka i przemieszcza się po mieszkaniu. Oczy w szpilkę, i czekam co będzie dalej. Dobroczyńca poszedł jedynie do ubikacji i wrócił do sypialni. Na moje nerwy jednak to było zbyt wiele. Przyjdą jego kumple z siłki! Dziesięciu! I wtedy dopiero będzie bolało.
Wziąłem plecak i bez słowa wyszedłem. Do hostelu dotarłem grubo po północy. Był zamknięty. Noc spędziłem na ławce przed hostelem co chwila budząc się i nasłuchując.
W trasie, daleko od domu, otoczony przez nieznajomych ludzi, budzą się czasem pierwotne instynkty. Zbliżam się bardziej do zwierzęcia gotowego na najdrobniejszy sygnał podjąć walkę lub ucieczkę.

Miś Koralgol

There`s something unpredictable
but in the end it`s right
I hope you have the time of your life…

Punktem kulminacyjnym mojej podróży po Kanadzie było Tofino. Najbardziej na zachód wysunięte miasto na wyspie Vancouver. Miejscowość super turystyczna. I tu ciekawostka: Tofino ma wspaniałą renomę w całej Kanadzie, jednak dopiero po przyjeździe człowiek dowiaduje się od autochtonów, że mgła, która opada dopiero około południa, a czasem nawet i godziny 14-15 pojawia się prawie codziennie! I czego nie potrafi zdziałać dobry, niezawodny marketing.
Tofino przywitało mnie oczywiście lekką mżawką i brakiem miejsc w hostelu. Należało poszukać jakiegoś substytutu. Bez namiotu, śpiwora i karimaty noc na plaży zapowiadała się dość uciążliwie.
Na murku przed sklepem siedziała dziewczyna „zrobiona” na skate`a i dwóch meneli. Miejscowi, pomyślałem i poszedłem pytać o możliwość bezpiecznego biwakowania na plaży – bez policjantów, straży miejskiej, dowcipnisiów, czy dzikich zwierząt. Dziewczyna, której imienia niestety nie pamiętam, pochodziła z Czech. Menele nie byli jej znajomymi, a ja przypadkowo wyratowałem ją z uciążliwego towarzystwa.
Zaprowadziła mnie na plażę, gdzie mimo kiepskiej pogody skusiłem się na kąpiel w zimnym Pacyfiku. Czeszka zaproponowała mi nocleg w jej obozie (jak zwykle w takich sytuacjach, nie byłem pewien, czy nie chodziło o jej namiot; ale jako dżentelmen z zasadami nie przyjmuję tego typu zaproszeń od kobiet nie w moim guście. Jak na Słowiankę, była na prawdę mało urodziwa). Na nocleg zabrał nas ojciec dziewczyny. 11 kilometrów wgłąb parku narodowego na Bear Beach (Plaży Niedźwiedzi) pod wielowiekowymi cedrami sięgającymi prawie nieba. Przed spaniem zjedliśmy ostatnie bułeczki obsamżane serem, a opakowanie wyrzuciliśmy daleko od obozu, aby niepotrzebnie nie zapraszać do naszych namiotów kudłatych głodnych gości. W końcu nazwa plaży mówiła sama za siebie...
Około 4 nad ranem obudziły mnie czyjeś kroki obok mojego namiotu. Jak staropolski obyczaj biwakowicza nakazuje, postanowiłem zaszczycić przechodnia powitaniem, hasłem z typu głupich odzywek. Coś w stylu „kto się nie odleje, temu sparszywieje” w kierunku udającego się za potrzebą wydało mi się całkiem w dobrym guście. Już miałem wydać z siebie dźwięk, ale delikatnie powstrzymał mnie od tego ciężki oddech niedźwiedzia. Obok mojego namiotu stąpał niedźwiedź. Niemal czułem smród jego oddechu. Mój plan na przetrwanie w tej sytuacji – z braku innych opcji oczywiście – ograniczył się do szczelnego zakrycia ust śpiworem, zamarciem w bezruchu i bezdechu. Nigdy przedtem nie doświadczyłem tak nieznośnie głośnego bicia serca. Co więcej, w ciągu kilku zaledwie minut, kiedy niedźwiedź bezkarnie buszował po naszym obozie, wypociłem się bardziej, niż w „indiańskim” szałasie potu. Nie miałem przy sobie nawet żyletki, aby choćby rozciąć tylnią ściankę namiotu i próbować ewakuacji z zagrożonego terenu.
Niedźwiuedź na moje szczęście okazał się mało ciekawskim, nie właził mi do namiotu. Nikt też z pozostałych biwakowiczów nie wpadł na pomysł przepłoszenia zwierzęcia hałasem, co mogłoby się okazać brzemienne w skutkach. Spłoszony miś wpada zazwyczaj w furię i atakuje wszystko, co mu się wyda zagrożeniem.
Dziś, jako ekspert od spotkań z niedźwiedziami, wiem, że udawanie trupa działa w przypadku niedźwiedzi grizzli, a żywiące się padliną niedźwiedzie czarne wezmą nieruchomego osobnika za kolację. Dodatkowo ucieczka jest sygnałem dla zwierzęcia, że oto ulatnia mu się sprzed nosa smakowity kęsek i ma jedynie sens, jeśli uciekać w dół po zboczu. Niedźwiedzie mają przesunięty na tylną część tułowia środek ciężkości. Schodząc w dół po zboczu, muszą uważać, aby się nie stoczyć.
Tutaj jest jednak ukryty haczyk. Jeśli zacząłeś uciekać, niedźwiedź koduje sobie w głowie informację o uciekającej kolacji i tak szybko nie zrezygnuje z pościgu, co ma zasadnicze znaczenie, jeśli jest się w nocy w lesie, daleko od domu lub solidnego schronienia i zbocze nie ma kilkudziesięciu kilometrów (nie muszę wspominać, że niedźwiedzie dojdą za zapachem z dystansu około 4 kilometrów). Ciekawostką jest fakt, że kobiety w okresie menstruacji nie mogą przebywać w lesie, gdyż niedźwiedź wyczuje krew.
Nic mi się nie stało. Niedźwiedź pomarudził chwilę w naszym obozie. Nie znalazł niczego ciekawego do jedzenia i poszedł szukać szczęścia w innym miejscu. Najprawdopodobniej ten sam niedźwiedź 2 dni później ostro poturbował jakiegoś bezmyślnego turystę. Ów człowiek sam przyczynił się do swojego nieszczęścia – pozostawił jedzenie porozrzucane beztrosko po obozie. Takie zachowanie kończy się zazwyczaj nieszczęściem. Kolejną konsekwencją jest wysokie prawdopodobieństwo uśpienia niedźwiedzia, który nauczył się podchodzić do ludzkich osiedli. Zazwyczaj jest to poprzedzone wywiezieniem zwierzaka ponad 400 kilometrów poza jego terytorium. Poniżej 400 km, niedźwiedź prawie na pewno wróci na swoje dawne leże. Jeśli tak się stanie, osobnika należy odstrzelić, gdyż stwarza zbyt duże zagrożenie dla człowieka.
Ostatnią noc postanowiłem spędzić nad Pacyfikiem. Na ukrytej plaży nocowałem z czterema chłopakami. Śpiewali i grali na patyczkach (jakkolwiek na patyczkach się nie gra) i zebrali całe 50 centów. Jeden z nich był w drodze na Alaskę, aby zaciągnąć się na kuter na połowy krabów. Jedno zdanie, które powiedział, utkwiło mi w pamięci. Brzmiało mniej więcej tak:
„Paweł, nie mam pieniędzy, ale kiedy siedziałem na skałach nad Pacyfikiem i oglądałem zachód słońca, czułem się jak król”. Fajnie. Tak jakby wypowiedział to, co wtedy właśnie czułem.
Rano kawa, papieros, krótki uścisk dłoni i życzenie szczęścia na szlaku i stawałem się dla nich już kolejną osobą spotkaną na ścieżce. Ciekawe, czy któryś z nich jeszcze pamięta to spotkanie i czy w ogóle żyją. To było dobre spotkanie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz